Enea PTPS Piła

Mistrz Polski 1998, 1999, 2000, 2001

Zdobywca Pucharu Polski 1999, 2001, 2002, 2007

21 lat minęło… czyli jak Piła została Mistrzem Polski!

Lody przełamane, czyli Nafta mistrzem Polski

Najpierw do wystawionej przez rozgrywającą Swietłanę Riabko piłki wyskoczyła
Małgorzata Niemczyk i szybkim ruchem ręki zbiła ją w parkiet. Jeszcze
potężniejszy był atak Małgorzaty Glinki – siatkarki o niemal męskiej sile uderzenia.
Z Nafty Piła nie było co zbierać, przewaga Augusto Kalisz rosła.
Tak właściwie można by opisać niemal każdy mecz dwóch wielkopolskich
zespołów z Piły i Kalisza przed finałem mistrzostw Polski w 1999 roku. Mało tego,
tak można by opisać również pierwszy mecz tego finału. Kaliszanki miały ogromną
przewagę, którą z całą bezwzględnością wykorzystywały. Nic, zupełnie nic nie
wskazywało na to, że ktoś może je zatrzymać – np. Nafta Piła.
To znaczy, gwoli ścisłości, wskazywać na to mogłyby wyniki w europejskich
pucharach. Zimą 1999 roku kaliszanki nie zdołały wyjść ze swej pucharowej grupy
i awansować do Final Four Pucharu Europy, na co bardzo liczyły, po tym, jak
przegrały pierwszy mecz z austriackim zespołem Fujitsu Post Wiedeń 1:3. Szok
kaliszanek po tej nieoczekiwanej przegranej w styczniu 1999 roku był tak duży,
że rzutował na dalsze wydarzenia sezonu. Kto wie, czy racji nie miała Małgorzata
Niemczyk, która powiadała: – Nie potrafimy jeszcze grać tym systemem. Preferuje
on słabsze zespoły, którym łatwiej zdobywa się punkty niż dawniej.
Nafta Piła niewątpliwie była uważana za zespół słabszy od naszpikowanego
gwiazdami Augusto Kalisz. Takiego wunderteamu jak w Kaliszu nie udało się
dotąd zbudować nikomu w polskiej siatkówce kobiecej. Małgorzata Niemczyk,
Małgorzata Glinka, Elżbieta Kulpa, Iwona Hołowacz, do tego jeszcze Ewa Kowalkowska,
która dla wizji sukcesu i pieniędzy w Kaliszu opuściła na jeden sezon Pałac
Bydgoszcz – to był zdecydowany faworyt do mistrzostwa. Dodajmy do tego,
że Augusto było pierwszą w Polsce drużyną, która sięgała po zawodniczki z dalekiego
świata, dalszego niż kraje byłego ZSRR. To tutaj trafiły pierwsze w dziejach
siatkarki z Peru – Leyla Chihuan i Yulissa Zamudio. Sama ich obecność podkreślała
wrażenie, że oto w Kaliszu powstaje zespół już nie na skalę kraju, ale międzynarodową
i z takimi właśnie ambicjami.
Co miała do przeciwstawienia Nafta Piła? Też się stopniowo wzmacniała,
można wręcz powiedzieć, że została przebudowana. Do szkieletu zespołu,
jaki tworzyły np. znakomita ukraińska środkowa Olena Makszancewa czy sprowadzona
sezon wcześniej Agnieszka Orłowska, do wciąż utrzymującej wysoki
poziom Doroty Ruckiej, Dominiki Smereki czy Anny Malujdy doszły kolejne
zawodniczki, które wkrótce stały się opokami klubu. Beata Strządała zasiliła
Naftę z zespołu Azotów Chorzów. Wkrótce miała się stać jedną z najbardziej
utytułowanych zawodniczek nie tylko w dziejach Nafty, ale całej wielkopolskiej
siatkówki. Jako jedyna reprezentowała bowiem barwy wszystkich wielkopolskich
drużyn – od Piły i Kalisza przez AZS AWF Poznań (także pod szyldem Dantera)
aż po KS Murowana Goślina i obecnie Energetyk Poznań, w którym gra
wciąż w wieku 41 lat.
– Wtedy miałam 21 lat, byłam jeszcze niedoświadczoną zawodniczką, która
z Kolejarza Katowice trafiła do Dick Black Andrychów – opowiada, gdy spotykam
ją w jej domu w Gruszczynie pod Poznaniem. – I w 1998 roku miałam grać
właściwie w Kaliszu. Tylko, że Augusto mnie wystraszyło…
I wyjaśnia jak to było: – Proponowali ogromne pieniądze. Na dodatek
wszystko w gotówce. A gdy się zastanawiałam, to jeszcze dorzucili. Przerażało
mnie to trochę. Namawiała mnie Iwona Hołowacz, ale ja miałam wątpliwości, czy
to dla mnie dobre rozwiązanie. W sumie dobrze się stało, że nie trafiłam do Kalisza,
bo przy nazwiskach, jakie grały w Augusto, ja siedziałabym pewnie na ławce
za duże pieniądze. A ja byłam młoda, miałam ambicje.
Wtedy wkroczyła Nafta Piła. Radosław Ciemięga przyjechał do Radomia
na zgrupowanie kadry narodowej i Beata Strządała podpisała kontrakt. – Postać
trenera Matlaka była kluczowa. Gdyby w Pile był inny trener, nie sądzę abym podpisała
tę umowę – mówi siatkarka. – On stawiał na mnie od samego początku,
wierzył we mnie i ja przy nim grałam regularnie w Andrychowie. Wiara w zawodniczkę
to połowa sukcesu. Wtedy ona gra mu sama. To niezwykle ważne, a ja przy
trenerze Matlaku miałam takie poczucie, że on we mnie wierzy.
To nie był koniec wzmocnień – ukraińska środkowa Masza Liktoras (była
siatkarka Dynama Odessa) przyszła tu z Chemika Police, chociaż była już niemal
dogadana z Wisłą Kraków, a z zespołu Pałacu Bydgoszcz (nosił on wtedy nazwę
Centrostal) pilska drużyna pozyskała doświadczoną, przeszło 30-letnią już rozgrywającą
Iriną Archangielską. Ta zawodniczka rodem z Taszkentu zdobywała już mistrzostwo
kraju z Dorotą Rucką w barwach znakomitego Pałacu Bydgoszcz z 1993
roku. Teraz miała na lata stać się fundamentem rozegrania piłki w Nafcie Piła,
na czym bardzo zależało trenerowi Jerzemu Matlakowi. On wiedział, jak ważną
pozycją jest rozgrywająca.
Irina Archangielska opowiada o tym tak:
– Mieszkałam wówczas w mieszkaniu przy ul. Lwowskiej w Bydgoszczy.
A były to czasy bez powszechnych telefonów komórkowych. Wróciłam więc któregoś
dnia do domu z zakupów, a tu stoi przy samochodzie dwóch facetów.
„Pani Archangielska?” – pytają.
„Tak, to ja” – struchlałam.
„My jesteśmy z Piły. Przyjechaliśmy zapytać, czy nie zagrałaby pani w naszym
zespole. Przyjechaliśmy porozmawiać” – odparli.
To był Radek Ciemięga i ktoś jeszcze, już nie pamiętam…
– Zbigniew Kowalczyk. On wybrał się wtedy ze mną do Bydgoszczy – uściśla
prezes Ciemięga.
A Irina Archangielska dodaje:
– Pamiętałam Naftę, gdy jeszcze nazywała się Prasa Piła i grała w Serii B.
Przegrywałyśmy z nią wtedy w zespole Czarnych Słupsk, w którym grałam. W sumie
dobrze trafili. Wiedziałam bowiem już wtedy, że będę odchodziła z Bydgoszczy,
ale jeszcze nie wiedziałem dokąd. To były czasy bez menedżerów, transfery
załatwiało się na własną rękę, właśnie w taki sposób. Przyjeżdżali wysłannicy klubu
i rozmawiali, jak delegacja z Piły.
Radosław Ciemięga mówi, że tak właśnie pozyskiwało się wówczas zawodniczki.
– Po Irinę jechaliśmy do Bydgoszczy, do Gdańska wybraliśmy się po Dorotę
Rucką i trenera Komorowskiego itd. Często tak to wyglądało, że przyjeżdżałem do
domu i ruszałem dalej, po kolejną siatkarkę. Lokalizowało się ją i jechało, głównie
w weekendy, bo przecież w tygodniu miałem pracę zawodową. To było kilkadziesiąt
podróży nim skompletowałem drużynę. Dzisiaj załatwiamy to mailami i internetem,
kontaktem z menedżerami – opowiada.
Pałac Bydgoszcz był wówczas nadal czołową drużyną w kraju. W 1998 roku
zdobył brązowy medal, za Augusto Kalisz i Dick Black Andrychów. Teraz jednak
odchodziły z niego kolejne siatkarki. Odejście Iriny Archangielskiej było przesądzone.
– Bydgoszcz wymieniła się z nami siatkarkami. Od nas wzięła Dominikę
Smerekę, która potem została libero – mówi trener Jerzy Matlak. Dominika Smereka,
potem pod nazwiskiem Leśniewicz, grała na tej pozycji także w reprezentacji
Polski, gdy ta w 2003 roku sięgnęła po mistrzostwo Europy. Dlatego jest z tą
pozycją kojarzona. Mało kto już pamięta, że do 1998 roku występowała w Pile
jako rozgrywająca.
– I chciałem ją zatrzymać, bo znałem tę zawodniczkę, a Iriny Archangielskiej
nie. Nie dało się jednak, Smereka była już dogadana z Bydgoszczą. Wzięliśmy
więc Irę. Miała już swoje lata, ale była nie do zdarcia. Nie piła, nie paliła, trzymała
się znakomicie i była w wybornej formie. Dobry, rosyjski materiał na sportowca –
śmieje się trener Matlak.
– Akurat kupiłam nowy samochód. Zmieniałam malucha na fiata uno i tym
nowym samochodem wybraliśmy się rodziną na wakacje do Kołobrzegu. Po drodze
wjechaliśmy do Piły, by dokończyć rozmowę – opowiada Irina Archangielska.
– Pełen samochód naszych wakacyjnych rzeczy, córka siedziała z tyłu, ale wstąpiliśmy
do siedziby klubu. Porozmawialiśmy, zgodziłam się grać w Nafcie. Wtedy
też pierwszy raz spotkałam trenera Jerzego Matlaka, z którym dotąd nie pracowałam.
Byłam już wtedy w okresie roztrenowania, bo wówczas pracowało się do
maja i latem było wolne. I w tym okresie roztrenowania trener Matlak dał mi taki
wycisk, że zbladłam. Matko Święta, pomyślałam, jeżeli tak pracujemy teraz, to co
będzie w trakcie przygotowań do sezonu?
Trener Matlak dodaje: – Wtedy w Pile panował taki zwyczaj, że sezon kończył
się w kwietniu czy maju i zawodniczki miały dwa miesiące wolnego. A prawdziwy
urlop i tak zaczynał się w lipcu. Słowem, wiele tygodni laby, do tego siatkarki
były przyzwyczajone. Kiedy przyjechałem do Nafty, szykowały się do tego
wolnego. Mówię im: zaraz, zaraz, jakie wolne? Żadne wolne! Do roboty! Musimy
się chociażby poznać. Takie zdziwione były, ale zasuwały po tych lasach, piachach
i na siłowni.
I nie kryje: – Tak, dałem im wtedy popalić, ale gdy w sierpniu rozpoczynały
się właściwie przygotowania do sezonu, były już na innym etapie niż byłyby, gdyby
dostały to wolne. To na pewno miało potem znaczenie w walce o mistrzostwo.
Agnieszka Orłowska opisuje: – Z perspektywy czasu te treningi na piachu
oceniam bardzo wysoko. Były rewelacyjne. Na siłowni tego byśmy nie osiągnęły.
Nasze treningi były oparte na rywalizacji. Cały czas dzieliłyśmy się na małe grupki
i rywalizowałyśmy.
Pilanki trenowały w ośrodku w Płotkach pod Piłą, ale wyjeżdżały także do
Dębek położonych na Kaszubach nad morzem. Tam też znajdowały się kopalnie
i tereny należące do PGNiG. No i tam na plaży znajdował się tak lubiany przez
trenera Jerzego Matlaka piach.
Dorota Rucka któregoś dnia przyszła do niego i powiedziała: – Trenerze, ja
w całej swojej długiej karierze miałam 3 metry dosiężnego [wysokość, na której
zawodniczka sięga piłkę], a teraz na stare lata mam 3,05 m?! Jak to możliwe?
– Ano możliwe – odrzekł Jerzy Matlak, bo niezadowolone ze skrócenia wolnego
zawodniczki szybko zorientowały się, że przynosi to im konkretne efekty,
mierzone w centymetrach, w kolejnych minutach wytrzymanych na parkiecie bez
krańcowego zmęczenia, wreszcie w zdobywanych punktach.
Irina Archangielska dobrze pamięta ten sezon 1998/1999, który miało bez
trudu wygrać Augusto Kalisz.
– W żadnym razie nie byliśmy faworytem. Kaliszanki miały nad nami przewagę,
tym bardziej że spotkałyśmy się z nimi w lidze i przegrałyśmy, a potem
jeszcze w finale Pucharu Polski w Węgrowie. I też przegrałyśmy. Oj, jakie tam były
baty! – przypomina.
Rozegrany na początku stycznia 1999 roku finał Pucharu Polski w Węgrowie
– pierwszy z udziałem nowej siły Nafty Piła – był zresztą znamienny, bo
niewiele brakowało, aby nie odbył się z powodu strajku. Poszło o dystrybucję
kosztów tego turnieju. Dotąd bywało tak, że organizator zapewniał sfinansowanie
pobytu czterech uczestników turnieju finałowego. Węgrów i klub Nike
odmówił. Pozostali trzej uczestnicy – Nafta Piła, Augusto Kalisz i Stal Mielec –
zbuntowali się.
– To skandal, żebyśmy mieli sami pokrywać koszty udziału w imprezie –
grzmiał wtedy dyrektor Augusto Jerzy Witczak – Kiedy my organizujemy jakąkolwiek
imprezę, nie ma mowy o narażaniu gości na koszty.

A prezes Radosław Ciemięga dodał: – W pełni się solidaryzujemy. To jest
niedopuszczalne.
Kluby umówiły się, że pojadą do Węgrowa i na miejscu podejmą jeszcze
negocjacje z klubem Nike. Nalegał na to Polski Związek Piłki Siatkowej, który nie
chciał jednego z największych skandali w dziejach, jakim byłoby odwołanie finału
Pucharu Polski. – Jeżeli nie zmieniłby stanowiska w sprawie kosztów, postanowiliśmy
nie wychodzić na parkiet, oddać finał walkowerem w ramach protestu
– wspomina prezes Ciemięga.
Nike Węgrów długo przedstawiało twarde stanowisko. – Kluby chcą bojkotować
finał? W historii polskiej siatkówki nigdy nie zdarzyło się, by organizator
fundował gościom pobyt. My mamy obowiązek opłacić koszty organizacyjne i sędziów,
ale nic więcej. Takie warunki proponowaliśmy związkowi i ten je zaakceptował,
skoro przyznał nam organizację finału. Nigdy nie było żadnej umowy z PZS
o opłaceniu przez nas kosztów pobytu zespołów – twierdził prezes klubu Tadeusz
Kłos. Postawę klubów z Kalisza, Piły i Mielca odbierał jako strach przed rywalizacją
z Nike Węgrów.
Ostatecznie do rywalizacji w Pucharze Polski doszło, a odbywała się ona już
według nowej formuły – do 25 punktów wygranych w secie zamiast dotychczasowych
15. Turniej wygrało Augusto, które już w pierwszym meczu zmiotło Naftę
z parkietu w stosunku 3:0 (25:12, 25:14, 25:16). Nie było co zbierać, a na usprawiedliwienie
pilanek działał fakt, że grały w Węgrowie bardzo osłabione kontuzjami.
Zajęły ostatnie miejsce, bo przegrały również 2:3 (26:24, 25:16, 18:25, 25:27,
11:25) z Nike Węgrów oraz 1:3 (23:25, 19:25, 25:22, 23:25) ze Stalą Mielec, która
wówczas nosiła nazwę Melnox Autopart Lobo.
Te wyniki nie wróżyły niczego dobrego dla Nafty. Nie tylko ustępowała ona
Augusto o dwie klasy, ale przegrywała również z innymi przeciwnikami w lidze.
Czas jednak pracował na jej korzyść.
– Tylko jakiś fantasta albo ktoś niespełna rozumu mógł przypuszczać, że
zagrozimy potędze Kalisza. To był zespół upstrzony wielkimi gwiazdami, z takim
budżetem, o jakim w Pile nie było wtedy jeszcze mowy. Na dodatek miał Małgorzatę
Niemczyk, która potrafiła całe to towarzystwo trzymać za gęby i w dyscyplinie
– wspomina trener Jerzy Matlak. – Kiedy przyjechałem do Piły, zapytałem
władze klubu, co oni by właściwie chcieli? Co chcą osiągnąć? Powiedzieli, że miejsce
w pierwszej czwórce byłoby super. Augusto z tymi nazwiskami było nie do
przeskoczenia nawet w najśmielszych głowach.
Przed decydującymi starciami o mistrzostwo kraju pilska Nafta miała zatem
na koncie komplet dotkliwych porażek z Augusto Kalisz – w finale Pucharu Polski
w Węgrowie (chyba najdotkliwsza)
Ten ligowy mecz sezonu zasadniczego miał miejsce 22 listopada 1998
roku. Jak doniosła „Gazeta Wyborcza”, jedynie w drugim secie pilanki nawiązały
z Augusto Kalisz jakąkolwiek walkę. Wynik był zatrważający – 6:15, 16:17, 6:15.
Gładkie 0:3 w setach. Kaliszanki postanowiły wówczas przetestować nowy wynalazek
wprowadzony do światowej siatkówki, jaką była pozycja libero. Zagrała na
niej Elżbieta Kulpa, leworęczna skrzydłowa zwana „Gromowładną Elką” z uwagi
na potężne uderzenie. Nafta Piła grała jeszcze bez zawodniczki na tej oczywistej
dzisiaj i niezbędnej każdemu zespołowi pozycji. Musiało minąć nieco czasu nim
pilanki znalazły odpowiednią kandydatkę do gry jako libero.
– Miałam wtedy kontuzję kręgosłupa i chyba przez pół roku pozostawałam
bez treningów – opowiada Anna Malujdy. – Kiedy wróciłam, klub i trener Matlak
zachowali się wobec mnie bardzo w porządku. Ja nigdy nie byłam zawodniczką,
którą Jerzy Matlak widziałby bezwzględnie w wyjściowej szóstce, a jednak uznał,
że jestem mu potrzebna. Kontrakt został przedłużony, a mnie zaproponowano
grę jako libero.
Anna Malujdy poradziła sobie na tej pozycji, chociaż nie była typową siatkarką
do takiej gry. – Dzisiejsze libero to filigranowe pchełki. Ja taka nie byłam, nie
byłam też specjalnie wybitna w grze obronnej. Miałam jednak dobre przyjęcia
zagrywki, a u trenera Matlaka to była podstawa. Przykładał wielką wagę do przyjęcia,
sporo czasu na treningach temu poświęcaliśmy.
Po latach Anna Malujdy grała w siatkówkę w lidze cypryjskiej (została mistrzynią
Cypru z Anorthosis Famagusta). – Nie ma w ogóle porównania między
tym, jak tam wyglądały treningi przyjęcia, a jak wyglądały w Pile – mówi.
Nawiasem mówiąc, chociaż Augusto było pierwsze, to jednak jego trener
Czesław Tobolski nie był przekonany, czy stosowanie libero ma sens. Zrezygnował
z tego, kaliszanki do końca sezonu grały w starym zestawieniu niczym wielka
reprezentacja Kuby, która zdobywała mistrzostwo olimpijskie i dopiero w Sydney
w 2000 roku wystawiła na libero Alexeis Argilagos. Nafta natomiast szybciej przystosowała
się do nowinki.
Jej trener Jerzy Matlak po klęskach z Augusto powiedział znamienne zdanie:
„Zespoły, które grają z Augusto, przegrywają już w autobusie”. Znamienne, bo
to właśnie mentalna postawa okazała się kluczowa w finałowej rywalizacji, w której
doszło do jednej z największych sensacji w dziejach polskiej siatkówki kobiecej.
Uporządkujmy:
Nafta Piła w listopadzie 1998 roku przegrała mecz ligowy z Augusto Kalisz 0:3,
nawiązała w nim walkę tylko w jednym secie, w pozostałych została zmiażdżona.
W styczniu 1999 roku oba zespoły zmierzyły się w finale Pucharu Polski
w Węgrowie, a Augusto wprost zdemolowało Naftę 3:0 („ciężkie baty” – jak
wspomina Irina Archangielska).
W lutym 1999 roku Nafta rozegrała rewanżowy mecz ligowy z Augusto i po
raz trzeci dotkliwie przegrała.
Mało tego, drużyna z Piły nękana była przez cały sezon kontuzjami, a nawet
chorobami. To z powodu epidemii grypy, która dosięgła aż pięć siatkarek,
musiała przełożyć mecz z Wisłą Kraków – z 28 stycznia na marzec 1999 roku.
Jakby tego było mało, podczas meczu ligowego z Nike Węgrów doszło do
bardzo przykrej dla pilskich siatkarek sytuacji. W styczniowym meczu z tą drużyną
zostały one wygwizdane przez publiczność w Pile. Co ciekawe, kibice gwizdali
mimo tego, iż Nafta ten mecz wygrała – 3:1 (25:21, 20:25, 25:17, 25:19). Wystarczyła
jednak fatalna gra w drugim secie, w którym Nike objęło wysokie prowadzenie,
by nerwy fanom siatkówki w Pile puściły.
– Podobnie było z Kolejarzem Katowice. Pamiętam, bo ja kiedyś grałam
w tej drużynie, a ona nam w Nafcie nigdy nie leżała. Zawsze były jakieś problemy
z tym Kolejarzem, chociaż nie należał on do czołówki. Nie wiem, dlaczego
sprawiał nam kłopot – wspomina Beata Strządała (dzisiaj po mężu Pawlicka),
siatkarka pilskiej drużyny. – Widzowie się niepokoili i zaczęli gwizdać. My to
słyszałyśmy…
– Dziewczyny bardzo to przeżyły – mówi szkoleniowiec pilanek Jerzy Matlak.
– Były pod bardzo wielką presją wyniku. Nie potrafiłem im wytłumaczyć, dlaczego
kibice nie byli zadowoleni z drugiego miejsca, które zajmowaliśmy w tabeli.
Być może powodem niezadowolenia była doraźnie zła gra pilanek, które
w całym sezonie 1998/1999 miewały gorsze mecze, gorsze sety i ich okresy. Być
może widownia wyładowała swą złość za beznadziejną postawę Nafty we wspomnianym
finale Pucharu Polski w Węgrowie. W każdym razie niewiele wskazywało
na to, że to pilanki mogą być jakimś istotnym zagrożeniem dla Augusto Kalisz.
Od czasu wycofania się z rozgrywek Dick Black Andrychów jedynie Centrostal (Pałac)
Bydgoszcz potrafił w meczach z kaliszankami stawić im opór, doprowadzić do
tie-breaka. Pilanki z pewnością nie.
Niewielu wierzyło w mistrzostwo dla kogokolwiek innego niż Kalisz, ale niewielu
też zwróciło uwagę na dwie ważne kwestie. Po pierwsze – na to, jak ogromne
znaczenie dla Augusto miała porażka w europejskich pucharach. Po udanej,
acz pechowej rywalizacji z 1998 roku (wielki mecz kaliszanek z CSKA Moskwie
i wygrana w jednym z setów z wielkimi Rosjankami 15:2 skończył się ostatecznie
niepowodzeniem i odpadnięciem), po roku miały one wielkie apetyty. Tymczasem
nieoczekiwana porażka ze znacznie niżej notowanym zespołem Fujitsu
Post Wiedeń z Austrii rozwiała marzenia Augusto o podboju Europy także w tym
sezonie, a przecież ten zespół budowano w Kaliszu właśnie z myślą o takim podboju,
o pucharach, o tym by wreszcie polski zespół odegrał bardzo ważną rolę
w europejskiej rywalizacji. Wpadka z Austriaczkami (tak zwanymi Austriaczkami,
bo w ich składzie nie było żadnej zawodniczki z tego kraju) była dla nich nieoczekiwana,
przykra, dołująca. W kraju wydawały się panować niepodzielnie, rywalki
odprawiały w niespełna godzinę, nikt nie zmuszał ich tu do nadmiernej koncentracji,
mobilizacji czy wysiłku.
Nafta Piła natomiast – przeciwnie, pięła się w górę z ogromnym mozołem.
Przy wielu kiepskich meczach, przy gwizdach publiczności, kontuzjach, kryzysach,
cały czas się poprawiała i trzymała się kaliszanek. Wciąż była tym pretendentem,
który niczego nie musi i dla którego już awans do finału mistrzostw Polski to sukces.
Bez presji, bez wymagań, bez nadmiernych oczekiwań, w odróżnieniu od
wielkiego rywala z Kalisza. Pilskie siatkarki poprawiały się, grały z każdym tygodniem
coraz lepiej. Jeszcze w lutym spadły w tabeli poza krąg drużyn, które miały
zagwarantowane miejsce w europejskich pucharach, jeszcze wtedy zdawało się,
że Nafta Piła w Europie nie zagra. Na początku marca wygrały jednak w pięknym
stylu 3:0 (25:19, 25:15, 25:19) z Wisłą Kraków, która nieco wcześniej doprowadziła
do sporej niespodzianki i jako wyjątek ligowy pokonała Augusto Kalisz. To
zwycięstwo nad Wisłą wskazywało na to, że Nafta zyskała równowagę i złapała
bardzo wysoką formę (Augusto z kolei – przeciwnie). Niewielu zwróciło wtedy
na nie uwagę. Ludzie wciąż pamiętali jej potknięcia w poprzednich miesiącach
i gwizdy kibiców w Pile, tymczasem Nafta zmieniła się bardzo. I zmieniała dalej.
Rosła w siłę, korzystając z braku czujności pozostałych ekip.
Pilanki w fazie play-off bez problemów ograły w ćwierćfinale Kolejarza Katowice
w trzech meczach, z których żaden nie trwał więcej niż godzinę. Więcej
wątpliwości budziła walka w półfinale ze Stalą Mielec, z którą Nafta przegrała
przecież w finale Pucharu Polski. Tym razem jednak dała sobie radę. W rywalizacji
do trzech zwycięstw obie ekipy wygrały po dwa spotkania na swoich parkietach
i o awansie decydował ostatni mecz w Pile. Po dwóch zaciętych i jednym gładkim
secie Nafta Piła pokonała mielczanki 3:0. – Nasz zespół sprawiał wrażenie lepszego,
ale nie potrafił tego wykorzystać – powiedział trener Mielca Roman Murdza.
– Szczęście uśmiechnęło się do nas – stwierdził szkoleniowiec Nafty Jerzy Matlak,
jak zwykle wstrzemięźliwy w euforii i przecenianiu sukcesów.
Teraz pilska publiczność biła brawo i skandowała „Sto lat!”. Było to wszak
wydarzenie historyczne dla pilskiego sportu. Co więcej, było to historyczne wydarzenie
dla całej Wielkopolski. Dotąd jedynie w hokeju na trawie w finale mistrzostw
Polski spotykały się dwie wielkopolskie drużyny.
Wydawało się, że karty są rozdane i wszyscy zadowoleni – Augusto pewnie
będzie mistrzem jak rok wcześniej, Nafta Piła znajdzie się w pucharach i zajmie
może nawet rekordowo wysokie, drugie miejsce. Trudno było nie uważać
go za sukces i tak też do sprawy podchodzono w Pile. Awans do finału uznany
został słusznie za historyczne wydarzenie, ale bynajmniej nie koniec. W każdym
razie o ile na siatkarkach Nafty ciążyła dotąd jakakolwiek presja związana z ich
kiepską chwilami grą czy krytyką kibiców oraz mediów, to teraz zniknęła ona
całkowicie.
Prezes Radosław Ciemięga mówił przed finałową rywalizacją tak: – Chcemy
pokusić się o zdobycie złotego medalu, ale jeżeli nam się nie uda, świat się nie
zawali.
W wypadku Augusto Kalisz, zawaliłby się.
Jak to powiadał trener Jerzy Matlak, pilska Nafta przystępowała do finału
na zasadzie: „Niczego już nie musimy, ale wiele możemy”. To była zasadnicza
różnica między nią a Augusto Kalisz. A kiedy doszło do tego przekonanie zawodniczek
z Piły, że kaliski gigant to „nie taki diabeł straszny, jak go malowano”, mieliśmy
gotowy grunt pod obalenie dotychczasowego porządku rzeczy. Na co pilanki
miały wielki apetyt.
– Augusto było spokojne, bo przez play-off przeszło jak burza – wspomina
Jerzy Matlak. – Ja natomiast męczyłem się w półfinale z Mielcem. Ciężko nam
szło, więc myślę, że to miało dodatkowe znaczenie psychologiczne. Kaliszanki tym
bardziej nie mogły przypuszczać, że im zagrażamy.
Diabeł nie okazał się taki straszny dość szybko. Kaliszanki rozegrały na swoim
parkiecie dwa pierwsze mecze finału rozgrywanego według formuły „best of
five”, czyli najlepszy w maksymalnie pięciu meczach. A zatem – do trzech zwycięstw.
Augusto było liderem po rundzie zasadniczej, więc miało przewagę jednego
meczu na swoim parkiecie. Jeśli Nafta chciała zostać mistrzem kraju, musiałaby
choć raz wygrać w Kaliszu – twierdzy zupełnie niezdobytej przez polskie zespoły.
I wygrała.
Już w pierwszym spotkaniu, 17 kwietnia 1999 roku była tego bliska. Tak
relacjonowała tę zaskakującą rywalizację „Gazeta Wyborcza”:
Nafta Piła już w sobotę miała szansę wygrać z kaliskim Augusto. Przerażona
tym uległa 1:3 (22:25, 25:19, 19:25, 21:25). W niedzielę pokusiła się jednak
o wielką sensację i pogrom mistrzyń Polski 3:0 (25:21, 25:22, 25:18).
Siatkarki z Piły, dla których sam awans do finału Mistrzostw Polski był
ogromnym sukcesem teoretycznie były bez szans w starciu z Augusto. Wydawało
się, że w trakcie czterech lat zmagań o mistrzowską koronę kaliszanki (zakończonych
dwoma wygranymi w latach 1997 i 1998) nie miały jeszcze tak łatwego
finałowego rywala.
Tymczasem pilanki jako drugi zespół w lidze – po Wiśle Kraków – udowodniły,
że Augusto wcale nie jest poza zasięgiem jakiegokolwiek polskiego zespołu.
W tym sezonie Augusto jeszcze tak źle, jak w weekend, nie grało. Zawiodło
na całej linii. Nawet w sobotnim, wygranym przez kaliszanki spotkaniu lepsze
wrażenie robiła Nafta, która przegrała, bo nie wierzyła w możliwość zwycięstwa.
Dopiero w niedzielę okazało się, że „nie taki diabeł straszny” i pierwszy raz w tym
sezonie Augusto przegrało we własnej hali. Mało tego, przegrało do zera! Dla
kaliszan jest to wielki szok i tym bardziej bolesna porażka, że zaważyć może o tym
komu przypadnie tytuł mistrza Polski.
W szczegółach prasowej relacji wyglądało to tak:
Początek rywalizacji nie wskazywał na tak niekorzystny obrót sprawy dla
dwukrotnych mistrzyń kraju. W pierwszym secie sobotniego spotkania Augusto
prowadziło od początku do końca, niezmiennie utrzymując przewagę 4-5 pkt. Pilankom
udało się obronić dwa setbole, ale partię zakończyła pewnym atakiem
Małgorzata Niemczyk. W drugim secie nieoczekiwanie lepiej zaprezentowała się
Nafta, w której szeregach wyróżniały się: atakująca Agnieszka Orłowska i świetnie
rozgrywająca Elena Makszancewa. Pilanki wygrały do 19, a mogły to zrobić
jeszcze efektowniej, bo straciły kilka punktów w samej końcówce seta.
Reprymenda ze strony trenera Czesława Tobolskiego pomogła, bo kolejne
dwa sety i cały mecz zakończyły się triumfem Augusto. W secie trzecim jednak
przy stanie 21:21 Nafta mogła pokusić się o rozstrzygnięcie partii na swą korzyść,
ale przestraszone taką możliwością pilanki z Marią Liktoras na czele popełniły
trzy proste błędy. Augusto wyszło z opresji obronną ręką i wydawało się, że teraz
pójdzie mu łatwiej.
Co się stało w niedzielę?
Niedzielny mecz miał nieoczekiwany przebieg. W pierwszym secie kaliszanki
prowadziły tylko raz – 3:2. Potem długo nie potrafiły znaleźć recepty na dokładne
i mocne ataki Orłowskiej i Beaty Strządały, a Nafta prowadziła już nawet
18:11. Po udanym minięciu Małgorzaty Glinki na serwis weszła jednak Elżbieta
Kulpa i siatkarki Augusto zdobyły pięć punktów z rzędu. W dramatycznej końcówce
partii pilanki zablokowały Iwonę Hołowacz, po dwóch atakach kaliszanek piłka
znalazła się poza boiskiem, a seta zakończyła udanym minięciem Strządała.
Niemal identyczny przebieg miała druga partia. Mistrzynie miały kłopoty
z odbiorem zagrywki, a goniąca za piłką Swietłana Riabko albo rozgrywała piłkę
za nisko, albo za daleko. Niewiele wniosła zmiana Kulpy na Agatę Krzysztofek.
Kompromitujący w wykonaniu Augusto był trzeci set. Nafta grała jak w transie
i punkt po punkcie wykorzystywała proste błędy kaliszanek. Aż trudno uwierzyć,
że połowa ataków wysokiej, mierzącej 191 cm Małgorzaty Glinki kończyła się na
bloku przyjezdnych. Jeszcze gorzej wypadły jej partnerki, bo na przykład Ewa Kowalkowska
nie zdobyła w tym secie ani jednego punktu!
Uff, niesłychane po prostu!
Uświadommy sobie zatem, co tak naprawdę się wtedy stało – w pierwszym
meczu Nafta zagrała znakomicie i była bliska sukcesu. Nie udało się, kaliszanki
wykazały się dojrzałością i wygrały mecz, ale obrazowo można powiedzieć,
iż zostały napoczęte. Pilanki przekonały się, że rywalki nie są nietykalne.
Owszem, dotąd zawsze dostawały baty od Augusto, ale czasy się widocznie
zmieniły.
To właśnie tamten moment trener Jerzy Matlak wspominał tak: – Przyszły
do mnie siatkarki z Dorotą Rucką na czele po serii dwóch pierwszych meczów
finału mistrzostw Polski w 1999 roku z broniącym złota Augusto w Kaliszu. I powiedziały:
„Trenerze, nam się zdaje, że one są do walnięcia”. Odpowiedziałem im:
„Zatem to zróbcie. Przecież ja was cały czas do tego namawiam.”
Jak im trener powiedział, tak zrobiły. Nazajutrz zmiotły Augusto z parkietu.
Zwycięski dla Nafty mecz trwał zaledwie 49 minut – kaliszanki wielokrotnie bywały
na parkiecie tak krótko, ale wyłącznie w tych przypadkach, gdy one potrzebowały
trzech kwadransów na odprawienie rywala i pójście pod prysznic. Teraz zostały rozgromione,
co dla nich stanowiło nie tylko novum, ale rzecz niespotykaną.
– O naszym zwycięstwie zadecydował o klasę lepszy blok i kończący atak.
Mimo, że nie gramy tak kombinacyjnie jak Augusto, byliśmy dużo silniejsi przy
siatce – komentował dobrą postawę swoich podopiecznych trener Nafty Jerzy
Matlak.
Jak to on, w całej swej wstrzemięźliwości pokusił się o uwagę, że w rywalizacji
o złoto nic nie jest przesądzone i że po wygranej w Kaliszu szanse Nafty –
uwaga! – „nieco wzrosły”. Dobre sobie, nieco wzrosły… Trener Matlak być może
wiedział to, czego nie chciał wypowiedzieć głośno – w gruncie rzeczy ta rywalizacja
była już wtedy przesądzona, głównie z przyczyn psychologicznych.
Drugi trener Augusto Marian Durlej skomentował wtedy, że porażka kaliszanek
ma podłoże psychiczne i w normalnej dyspozycji nie powinny one mieć
kłopotów z pokonaniem Nafty na wyjeździe. Niewątpliwie miał rację, ale Augusto
nie było w normalnej dyspozycji. I nie miało naprzeciw siebie Nafty, jaką znało
z poprzednich spotkań. Teraz była to Nafta nakręcona, ośmielona, której zawodniczki
szeptały trenerowi Matlakowi „one są do pokonania”.
Może i Augusto miało skład złożony z samych gwiazd, ale po porażce u siebie
było już bez szans. Wielki faworyt nie wiedział jeszcze, że do Piły jedzie na
pożarcie.
– Wracałam z Kalisza z Agnieszką Orłowską. Jechałyśmy takim zaparowanym
daewoo tico i nie mogłyśmy uwierzyć, że to wygrałyśmy – wspomina Beata
Pawlicka.
Trzeci finałowy mecz (a pierwszy w Pile) był popisem Nafty. Ogromne wrażenie
robiła swoboda, z jaką grały pilanki, ich rozmach i pewność siebie. Beata
Strządała, Maria Liktoras, Agnieszka Orłowska rozbijały kaliską obronę w sposób
imponujący. Wyglądało to tak, jakby sparaliżowane Augusto stanęło, a Nafta odjeżdżała
im niczym ekspres. Kiedy Beata Strządała skończyła ostatni atak meczu,
wypełniona po brzegi sala kipiała z zachwytu. Wynik był niebywały – 3:0 (25:22,
25:23, 25:23), zatem druga z rzędu porażka kaliszanek do zera.
Nafta potrzebowała do mistrzostwa jeszcze jednej wygranej, w niedzielnym
meczu w Pile. Sprawa niby prosta – kaliski zespół był w rozkładzie, psychicznie
zdemolowany, zaskoczony i ogłuszony. Jednakże Augusto miało w składzie
prawdziwe gwiazdy siatkówki, a nie malowane panny bez ambicji. Kaliszanki dokonały
ostatnim wysiłkiem rzeczy bardzo trudnej – pozbierały się i skupiły na myśli,
że jeśli wygrają w niedzielę czwarty mecz, wyrównają stan rywalizacji na 2-2.
Wówczas będą miały piąty mecz u siebie. Może faktycznie nic jeszcze nie było
przesądzone…
Nafta metodycznie realizowała plan. Wygrała z impetem pierwszy set
czwartego meczu, pozostały jeszcze dwie partie. Niewiele. Augusto Kalisz wstało
jednak z kolan właśnie w tym momencie. Świetnie rozgrywała tym razem Swietłana
Riabko (dawniej Niekrasowa, rosyjska opoka kaliskiego rozegrania), gamę
wartych fortunę niekonwencjonalnych zagrań zaczęły pokazywać Elżbieta Kulpa,
Ewa Kowalkowska, Małgorzata Niemczyk, Iwona Hołowacz czy mało jeszcze doświadczona,
acz piekielnie mocna Małgorzata Glinka. Wynik – aż 25:14 dla Augusto,
podparte zwycięstwem także w trzecim secie.
Nafta Piła raz jeszcze musiała powalczyć o psychologiczną przewagę nad
rywalkami, którą właśnie utraciła przez ledwie chwilę słabości, ledwie kilka minut
zbytniej pewności siebie i szczyptę arogancji. Musiała przewagę odzyskać jak najszybciej,
aby nie zaprzepaścić wszystkiego, co osiągnęła. Zdołała to zrobić.
Dwa ostatnie sety finału z 1999 roku były znów jej popisem. Zwłaszcza tie
-break, w którym Augusto dzięki zagraniom Małgorzaty Niemczyk zdobyło pierwszych
sześć punktów. 6:0 i 7:1 w dogrywkowym secie było przewagą ogromną,
tym większe wrażenie zrobiła Nafta, która zdołała się z tego wygrzebać.
– Brakowało nam sił – wyznała Dorota Rucka, która skończyła mecz i zbiła
w parkiet piłkę dającą Nafcie mistrzostwo. – W tak trudnym momencie bardzo
pomógł nam doping kibiców.
– Podczas tie-breaku byłem już bliski zwątpienia w zwycięstwo, na szczęście
nie zwątpiły dziewczęta – powiedział trener Jerzy Matlak w 1999 roku, na
gorąco po spotkaniu.
Dzisiaj wspomina: – Właściwie podnieśliśmy się dwa razy, najpierw na początku
rywalizacji z Augusto i następnie przy ich wysokim prowadzeniu w tie-breaku.
Wtedy wydawało mi się, że wszystko wymyka się z rąk, chociaż byliśmy już
na dobrej drodze. Odrobić straty 0:6 w tie-breaku? Z taką drużyną jak Augusto?
W nowym systemie gry, gdzie każda akcja i każdy błąd oznaczał punkt?! Przecież
to niemożliwe. A jednak się udało.
I dodaje: – Pamiętam, jaki byłem wściekły w tamtej chwili. Gdy zmienialiśmy
strony w tie-breaku, pieprznąłem czym tam miałem o parkiet i zacząłem się drzeć.
„Tyle się nagrałyście, tak daleko zaszłyście, znalazłyście sposób na Augusto, przekonałyście
się, że można z nim wygrać i… co teraz?” – wrzeszczałem – „Chcecie tak to
zostawić? Zaprzepaścić wszystko w ostatnim, decydującym momencie, gdy macie
je na widelcu? Dostały od was 0:3 wczoraj, a dzisiaj punktu nie możecie zdobyć?!”.
Podziałało. Pilanki zdobyły cztery kolejne punkty, wróciły do gry. Wygrały mecz.
Zgromadzeni w niedużej sali przy ul. Bydgoskiej kibice wbiegli na parkiet. –
Nagle się pojawili, nie wiem skąd. Nagle na parkiecie zrobiło się mrowisko kibiców
– wspomina Irina Archangielska. – Nie wiem, gdzie oni się wszyscy pomieścili –
kiwa głową Beata Pawlicka. – Nie miałyśmy świadomości, co się właściwie dzieje.
– Aż wstyd mi o tym dzisiaj powiedzieć, ale muszę być szczera. Nie wierzyłam,
że wygramy z Augusto. Ale chyba nie ja jedna – wspomina libero Anna
Malujdy. – Pamiętam takie spotkanie w domu Marzeny Goździewskiej, Bednarek
za panny. My często spotykałyśmy się u niej na takich kawkach i pogaduszkach.
Bez picia i szaleństw, zwykłe spotkanie przy kawie. Wtedy miało ono miejsce po
półfinale z Mielcem, kiedy wszyscy w Pile świętowali już sukces. Bo awans do
finału nim był. I wówczas Marzena powiedziała coś takiego: „Dziewczyny, tylko
żeby żadna teraz nie poszła w tango. Proszę was, nie róbcie teraz imprezy, bo my
mamy szansę to wygrać. Możemy to zrobić, ale nie na kacu. To nie koniec”.
Rzeczywiście, to był dopiero początek.
Cała rywalizacja finałowa w 1999 roku wyglądała tak:
17 kwietnia Augusto Kalisz – Nafta Piła 3:1 (25:22, 19:25, 25:19, 25:21)
18 kwietnia Augusto Kalisz – Nafta Piła 0:3 (21:25, 22:25, 18:25)
24 kwietnia Nafta Piła – Augusto Kalisz 3:0 (25:22, 25:23, 25:23)
25 kwietnia Nafta Piła – Augusto Kalisz 3:2 (25:19, 14:25, 24:26, 25:13, 15:13)
Koniec. Ostateczne zwycięstwo Nafty 3-1 w czterech meczach.
Lody przełamane – grzmiała tytułami prasa. Mrożony potentat rzucony na
kolana przez nową siłę polskiej siatkówki, siłę Nafty. Znaczenie rozstrzygnięcia
tego finału sięgało znacznie dalej niż niespodzianka, nieoczekiwana zmiana mistrza
i wspaniała postawa tych, na które niewielu stawiało. Oznaczało absolutną
i radykalną zmianę układu sił w polskiej siatkówce.
– Nigdy zdobycie żadnego złotego medalu nie było tak trudne – przyznaje
Jerzy Matlak. – To był nasz wyczyn, który trudno racjonalnie wytłumaczyć, ale wyjaśnienie
tkwi zapewne w dobrym przygotowaniu zawodniczek, w rosnącej z każdym
tygodniem formie, wreszcie w głowach. Chyba przede wszystkim w głowach.
Nie wiem, czy taki sezon kiedykolwiek się w polskiej siatkówce powtórzył, gdy taki
początkujący zespół jak my pokonał w heroicznej walce o złoto takiego giganta,
z takimi pieniędzmi jak kaliskie Augusto.
Okaleczone przegraną Augusto Kalisz w krótkim czasie przestało istnieć.
Producent lodów wycofał się, skoro jego plany legły w gruzach, projekt został
wstrzymany. Kalisz pozostał w lidze w fasadowej firmie jako Calisia i w kolejnym
sezonie zajął ostatnie miejsce.
Co innego Nafta – ona urosła w oczach. Zwycięstwo nad Augusto dało jej
nie tylko złoto, ale wzmocniło ją sportowo i finansowo. Piła przejęła od Kalisza
pałeczkę lidera polskiej siatkówki kobiecej. Ten finał był gongiem do powstania
nowej, wielkiej potęgi siatkarskiej w Polsce. Kopciuszek włożył koronę, królewski
płaszcz soboli i chwycił berło. Jego rządy miały być długie i przełomowe.

Ostateczna kolejność ligi w 1999 roku:
1. Nafta Piła – złoto
2. Augusto Kalisz – srebro
3. Melnox Autopart Lobo Mielec – brąz
4. Wisła Solidex Kraków
—————————-
5. Nike Węgrów
6. Centrostal Eltra Bydgoszcz
43
7. Skra Warszawa
8. Kolejarz Katowice
—————————–
9. BBTS Stal Bielsko-Biała
10. Dick Black Andrychów – wycofał się z rozgrywek
Awans z Serii B: Gedania Gdańsk

Kolejność w finale Pucharu Polski w styczniu 1999 roku w Węgrowie:
1. Augusto Kalisz – zdobycie trofeum
2. Melnox Autopart Lobo Mielec
3. Nike Węgrów
4. Nafta Gaz Piła

Mistrzynie Polski z 1999 roku:
1. Edyta Kubarko 28 lat 182 cm
2. Marzena Bednarek 23 lata 181 cm
3. Elena Makszancewa 24 lata 186 cm
4. Irina Archangielska 33 lata 174 cm
5. Dorota Rucka 31 lat 176 cm
6. Anna Malujdy 22 lata 181 cm
7. Beata Strządała 22 lata 190 cm
8. Iwona Wojtczak 25 lat 172 cm
11. Maria Liktoras 23 lata 190 cm
12. Agnieszka Orłowska 20 lat 188 cm

Trener: Jerzy Matlak

Rok 1999 był przełomowy dla całej Piły. W jednym roku mistrzami Polski
zostały zarówno siatkarki Nafty, jak i żużlowcy Polonii – w obu wypadkach
po raz pierwszy w historii. W wypadku żużlowców był to jednak jedyny taki
sukces w dziejach. Nafta miała być suwerenem znacznie dłużej.

*Rozdział pochodzi z: R. Nawrot, Kopciuszek na balu, Piła 2018